ŚWIADECTWO SIOSTRY MARII - ELŻBIETY
(+ 18 kwietnia 1999)
przekazane dn. 16-go lutego 1999 roku
dla Kroniki Katolickiej Telewizji Węgierskiej(1)


       Dziennikarz: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
       W ubiegłym tygodniu obchodziliśmy święto Matki Boskiej z Lourdes i był to Światowy Dzień Chorych, Udaliśmy się z wizytą do Przełożonej Klasztoru Karmelitanek w P?cs, Siostry Marii - Elżbiety, która od roku wie o tym, że jest chora na raka.
       Maria - Elżbieta: powiedziano jednej z moich sióstr oraz mojej matce, że to kwestia miesięcy. Mnie powiedziano, że nie mogę wyzdrowieć, ale, że będzie można przedłużyć mi życie, jednakże dobrze zrozumiałam, co to oznacza. I wówczas nie zastanawiałam się nad miesiącami, które miały nastąpić. Pewnej spędzonej w szpitalu nocy nasunęła mi się nagle myśl: "Jak dobrze byłoby przebywać jeszcze tutaj na Boże Narodzenie! Jak dobrze byłoby przeżyć Boże Narodzenie na ziemi wraz z innymi! Oczywiście, że jest to piękne w niebie, ale jest Jeszcze piękniejsze na ziemi!" A później tak samo było z Wielkanocą i tak dalej. A obecnie znowu jestem tutaj, ponieważ po pewnej remisji mój nowotwór się uaktywnił. Starają się odkryć pierwotną przyczynę, której się jeszcze nie doszukali!

       Dziennikarz: to już rok jak się Siostra dowiedziała?
       Maria - Elżbieta: początkowo sądzono, że to jakiś zwykły wirus, ale ponieważ nie ustępował, skierowano mnie na badanie lekarskie. Czekałyśmy na wyniki, a ja powiedziałam do towarzyszącej mi siostry: "Wydaje mi się, że coś tam jest". Ogarnął nas strach. Pokazano nam wyniki, obejrzałyśmy je i z uwagi na to, że jestem Francuską o polskim pochodzeniu, wydaje mi się, że łatwiej zrozumiałam obce słowa diagnozy stwierdzającej obecność przerzutów i guzów. Miałam wrażenie, że przede mną otwarta się przepaść, gdyż w mej głowie zrodziła się myśl, że być może me znalazłam się jeszcze na ostatniej, lecz na przedostatniej stacji owej drogi prowadzące w górę. I pomyślałam: "No dobrze, co się teraz stanie? Co mi się przydarzy? Dlaczego mnie? Co to znaczy? Przybyłam na Węgry(2), aby coś zdziałać, coś razem z siostrami zbudować". Zobaczyłam, ze moja siostra straszliwie zbladła i była bliska omdlenia. Oczywiście zrozumiałam, że w tej sytuacji, aby znaleźć rozwiązanie najważniejsze było to, by nasze młode siostry nie straciły nadziei. Miał się rozpocząć Wielki Post; Zgromadzenie musiało mieć spotkanie, którego temat musiał oczywiście ulec zmianie.
       W przeddzień opowiedziałam siostrom o tym co się wydarzyło. Siostry coś przeczuwały, więc powiedziałam im wszystko. Usiłowałam uczynić to z odrobiną humoru, przedstawiając sytuację w sposób pozytywny zapewniając je, że nie należy się przerażać, z góry szukać kierunku, gdyż drogę tę podejmiemy wspólnie, całą wspólnotą. Ja nie będę osamotniona; będę je informowała stopniowo o tym co się ze mną dzieje. Oczywiście, gdy jest się samotnym wobec takich spraw, powracają pewne myśli, koszmary i człowiek zadaje sobie pytanie:, dlaczego? "Przybyłam na Węgry, aby służyć pomocą, a ściślej mówiąc, aby żyć w zgromadzeniu, odbudować tę wspólnotę, a teraz wszystko się wali". To koniec. Nie zrozumiałam Pana, nie pojmowałam, dlaczego tego chce, a mówiąc ściślej, dlaczego na to pozwala? I pomyślałam: nie ma wyjścia, to ślepa uliczka. Ale dlaczego? Pan Jezus w Ogrójcu w Getsemani zapytał także, "Dlaczego?" - i to dodało mi sił. On zwracał się z prośbą do Ojca by dał mu trochę czasu; prosił Go, aby oddalił od Niego kielich, który miał wypić. Jego zdanie było odmienne od zdania Ojca. To sprawa ciekawa w układzie Syn - Ojciec, pomogło mi to w przyjęciu tego, co mogłam wówczas otrzymać i powiedziałam do Boga: "Nie pojmuje Twojej logiki! Co oznacza to, że przybyłam z jednego kraju do drugiego, z jednego Zgromadzenia do drugiego, opuściłam Klasztor Karmelitanek, w którym spędziłam 25 lat, a obecnie tak to wygląda, jak gdyby wszystko miało się zawalić." I zrozumiałam, że zadanie tych pytań to jedyna rzecz, jaką powinnam zrobić wobec Pana, skoro Pan także tak postąpił, jako że wołał z całych sił, ponieważ chwilami nie pojmował, co Go spotyka. Nie wiedział, kiedy przyjdzie Jego godzina i wszystkiego oczekiwał od Ojca.
       Pomyślałam: "skąd czerpać siły, by zaakcentować, uznać za pozytywne i pokierować tym co mnie spotyka, tym, że mam nowotwór". Najpierw owa odpowiedzialność, jaką mi powierzono wobec Wspólnoty ogromnie mi pomogła i pomaga nadal. Czuję, że mam wiele do zrobienia, że nie mogę opuścić mych sióstr, ani mych przyjaciół, ani tych, którzy są mi tak bardzo bliscy, ale także i innych. A ponadto, ten malutki Klasztor Karmelitanek - nie chodzi o to, by był wspaniały, by promieniał wokół siebie; istotne jest to, że istnieje, że modlimy się wspólnie i to by tam, gdzie się znajdujemy, znalazła się owa kropla miłości oraz owa walka o miłość. Ale na to potrzeba, jak to sobie wewnętrznie wyliczyłam, co najmniej 10-ciu, 15-tu lat, by ten Zakon Karmelitański się umocnił, bo o ile to będzie trwało krócej, to nie wystarczy. Wiem, że w chwili obecnej nie będzie nikogo, kto mógłby mnie zastąpić... no trudno, trzeba będzie postępować krok po kroku. I jest to druga rzecz, która ogromnie pomogła mi w mej drodze. Ważny jest dzień dzisiejszy, to czego się dzisiaj ode mnie wymaga. Tak jak w "Ojcze nasz", w którym zanosi się prośbę o chleb na dzień dzisiejszy i to otrzymujemy. Żydzi na pustyni dostawali jedynie codzienną mannę, a ci co starali się zdobyć ponadto mięso - nie wiem jak po węgiersku nazywają się te ptaki - (przepiórki), skazani zostali na śmierć. Codzienny chleb powszedni - Pan Jezus także żył w ten sposób. A zatem po co miałabym wiedzieć kiedy nastąpi koniec mego życia tutaj i kiedy rozpocznie się to drugie; co złego wydarzy się tu czy tam, co się stanie jeżeli ewentualnie przejdę na drugi brzeg. Tutaj nie ma na to czasu. Zmuszona jestem walczyć, nie mam prawa się poddawać. W ewangeliach, gdy Jezus spotyka ludzi mówi im, że należy kochać w danej chwili, w której się znajdujemy. A to, dlatego, że przeszłość nie należy już do nas, a przyszłość może być groźna lub piękna, ale nie należy do nas, należy do Boga. I dlatego pozostaje nam ów dzień dzisiejszy, owo dzisiejsze zadanie, owa dzisiejsza radość i dlatego czemuż nie szukać w tym dniu dzisiejszym - nawet wtedy, gdy odczuwam, gdy odczuwamy ból - owej drobnej radości, jaką można w nim znaleźć. Doświadczyłam tego w owych uśmiechach, gestach miłości, które dają nowe życie, radość i szczęście. I tego lata powiedziałam Panu: "Panie, w niebie jest bardzo wielu ludzi. Wiemy o tym, a w każdym razie domyślamy się tego, pragnęlibyśmy w to wierzyć i wierzymy. Ogromna ilość... Oczywiście na ziemi też są ludzie. Ale czy nie raduje Cię, że istnieje na ziemi pewna Siostrzyczka, która się modli, która próbuje służyć Ci jak tylko może, posuwając się krok po kroku; oczywiście wahając się, postępując raz dobrze, raz źle, ale czy nie jest dla Ciebie wielką radością to, że ktoś usiłuje Ci służyć i oddawać Ci cześć?"
       Wydało mi się to piękne i dało mi tyle radości, że pomyślałam, iż wobec tego będę nadal szła do przodu, skoro Pan na to pozwala. Wygląda na to, że Pan zezwala, skoro jeszcze żyję, mimo, że dowiedziałam się później, że nie dawano mi aż tyle czasu. A jednak z jak wielką troskliwością delikatnością i fachowością zajmowano się mną tutaj na onkologii. Otrzymałam tutaj ogromnie dużo zarówno pod względem leczenia mojej choroby, jak i na poziomie stosunków międzyludzkich i cudowne jest to, co człowiek potrafi dokonać w tej dziedzinie! Próbowanie odkrycia istoty mojej choroby. I Wspólne posuwanie się naprzód: moje cierpienie: to, to i to, a twoje: to, to i tamto. I wspólne posuwanie się po drodze, znalezienie kogoś, z kim można iść, by nie być osamotnionym, co byłoby okropne, rozpaczliwe. I wówczas wspólnie szukać odrobiny nadziei, odrobiny radości. Powiedzieć sobie: "to jest coś, co jestem w stanie znieść. Tamto nieco gorzej". I iść tak do przodu pomagając sobie wzajemnie, każdy z własnym cierpieniem.
       Oczywiście nie zawsze można nazwać to modlitwą, gdyż, jak mi się wydaje, nie sposób modlić się bez przerwy, nie można zbyt wiele czytać, ale można się włączyć, wznieść krótką modlitwę do Pana: "Ale dlaczego. Panie, dlaczego? Ja nie pojmuje Panie, ale Ty, Ty to wiesz". I to wystarczy. A Ponadto prosić Go o siły dla siebie. A następnie powiedzieć Mu: "Daj siły innym". To także pomaga. Nie potrzeba długo się modlić. Staje się to niewykonalne, gdy jest się za bardzo zmęczonym. Sama tego doświadczyłam, że gdy człowiek ulega zamroczeniu, to, to mu pomaga o ile jest się wierzącym. A gdy się nie jest wierzącym, wówczas należy zwrócić się ku innym i próbować towarzyszyć im w tej wspólnej drodze. Nie chodzi tu o dokonywanie rzeczy nadzwyczajnych, lecz o okazanie zainteresowania, wykonanie jakiegoś gestu, zadanie pytania.

       Dziennikarz: Czy nie miała Siostra ochoty się buntować?
       Maria - Elżbieta: Nie, z uwagi na mój Zakon, chyba także ze względu na moje Siostry; jest bardzo dużo młodych, a także są starsze Siostry, które całe swoje życie ofiarowały Bogu. Wówczas żyje się w pełnej ufności wobec Boga. "Panie ufam Tobie". "To, co się wydarza nie może być niczym innym niż miłością". A zatem, po co się buntować? Pojmuję sprzeciw. Nawet Pan Jezus powiedział: "Boże, mój Boże czemuś mnie opuścił?" Powiedział także: "Moja dusza smutna jest aż do śmierci". I tak można się przygotować do wieczności. Zapytano mnie kiedyś, w jaki sposób należy przygotowywać się do żyda wiecznego. A ja powiedziałam sobie: "nie jestem do tego zdolna". Ładne rzeczy! Ja siostra zakonna! Ale skrucha doskonała to jest cos, czego nie potrafię. Co się ze mną stanie?
       Wydaje mi się, że najlepszym przygotowaniem się jest usiłowanie uczciwego przeżywania każdego dnia, życia w pogodzie ducha, podobnie do tego jak to brzmi w węgierskim hymnie narodowym, nieprawdaż? Bardzo mnie zdumiało odkrycie tego w węgierskim hymnie narodowym. Sądzę, że jest to zadanie do spełnienia. Musze postanowić sobie, że będę w dobrym humorze bez względu na to, co się wydarzy. Wierzyc w Pana i ufać, że to, co mnie spotyka nie jest wynikiem jakiejś złej intencji z Jego strony. Dla mnie to naturalne, że w to wierzę. On wie dlaczego. Z tym można iść naprzód.


(1) Tekst ten został przetłumaczony z francuskiego tłumaczenia wypowiedzi w języku węgierskim S. Marii - Elżbiety Siostra Maria-Elżbieta została wystana na Węgry na skutek próśb 12-tu starych węgierskich sióstr Karmelitanek, które odzyskały swój dom w 1980 roku

(2) po 50-u latach przymusowego życia cywilnego. Nigdy nie słyszały o Soborze Watykańskim II i prosiły o pomoc. Ojciec Święty pozwolił i Siostra Maria-Elżbieta z drugą siostrą francuską przyjechały przed 6-ciu laty na Węgry. Teraz w Klasztorze zostały 3 stare siostry i jest 15-cie młodych nowicjuszek i postulantek.



...powrót